Korfu z dzieckiem. Co warto zobaczyć na Korfu?

Wpis o naszym urlopie na Korfu musiałam podzielić na dwie części. Nie byłam w stanie w jednym wpisie zawrzeć wszystkiego, co chciałabym Wam przekazać na temat tej wyspy. Pierwszą część, zawierającą praktyczne informacje o Korfu, naszym hotelu, wynajmie auta i naszym sposobie na kupowanie taniej wycieczki w sezonie przeczytacie klikając tutaj.

Co zobaczyliśmy na Korfu?

Po Korfu podróżowaliśmy 4 dni. 3 dni wynajętym autem i jeden dzień autobusem transportu publicznego Green Busses. Pozostałe dni spędziliśmy w hotelu i na hotelowej plaży. Potrzebowaliśmy trochę takiego błogiego nicnierobienia, a nasz hotel z basenem i pysznym jedzeniem oraz kameralną skalistą plażą okazał się idealnym do tego miejscem.

Zaznaczę, że nie korzystaliśmy ze specjalnych atrakcji dla dzieci, takich jak aquaparki i inne tego typu obiekty. Mikołajowi w zupełności wystarczyły plaże, najlepiej kamieniste, gdzie mógł rzucać do woli kamieniami do wody. Podczas naszych podróży autem opowiadał co widzi za oknem albo po prostu spał. Słowem – z dzieckiem polecamy zobaczyć na Korfu to samo, co zobaczylibyście, podróżując bez dziecka.

Plaża Issos

Pierwszego dnia rano wybraliśmy się na polecaną w przewodnikach piaszczystą plażę Issos. Jest to najszersza plaża na Korfu, posiada certyfikat błękitnej flagi.

Plaża Issos tworzy mierzeję, ponieważ z jednej strony otacza ją morze, a z drugiej jezioro Korission. Okolice jeziora zamieszkują tysiące ptaków – w tym flamingi. Niestety, nie było nam dane ich zobaczyć – droga nad jezioro z parkingu prowadzi przez wielkie wydmy. Idąc w kierunku jeziora, czuliśmy się jak na pustyni – parzący piasek i niesamowity skwar, brak cienia. Nie było opcji wjechania tam wózkiem, Mikołaj był zmęczony i chciał na ręce, więc odpuściliśmy spotkanie z flamingami i zawróciliśmy w kierunku plaży.

Faktycznie – plaża była bardzo czysta, prysznice działały, zejście do wody było łagodne. Woda i dno były bardzo czyste. Na koniec czerwca plaża była pusta. Można było tam wypożyczyć leżaki za kilka euro, ale my z biegającym wszędzie Mikołajem, wolimy rozłożyć się po polsku – na ręcznikach (nie martwcie się – bez parawanów 😉 ). Przy plaży działa kilka tawern oraz wypożyczalnie sprzętu wodnego.

Moje zboczenie zawodowe zmusiło mnie do uwiecznienia na zdjęciu świetnego rozwiązania dla osób niepełnosprawnych – wózek inwalidzki z bojami, pozwalający na kąpiel w morzu osobom z ograniczoną możliwością poruszania się. Bajka. Nad Bałtykiem nie spotkałam się z takim rozwiązaniem.

Na plażę Issos wróciliśmy jeszcze raz – ostatniego dnia, aby podziwiać cudowny zachód słońca. Około godziny 19 woda w morzu była już dość chłodna, ale nie przeszkadzało nam to w świetnej zabawie.

Paleokastrista

Na plaży Issos pierwszego dnia byliśmy rano, więc postanowiliśmy wrócić do hotelu na drzemkę Mikołaja oraz na lunch. Po obiedzie wyruszyliśmy w stronę Paleokastristy, aby zobaczyć na własne oczy piękne widoki pięciopalczastej zatoki i jej wody mieniące się kilkunastoma odcieniami błękitu.

Na miejsce prowadziła bardzo kręta droga pełna autokarów. Kilka razy musieliśmy cofać, żeby mijające nas autobusy zmieściły się na drodze i nas nie zmiażdżyły. Dojechaliśmy do parkingu położonego w pobliżu plaży Agios Spirydon. Widok rozciągający się z plaży był obłędny, ale sama plaża była maleńka, zatłoczona i… brudna.

Postanowiliśmy przejść kilkadziesiąt metrów dalej na plażę Agios Petros. Była żwirkowa, ale kameralna, czysta i z niemniej pięknym widokiem.

W Paleokastriście byliśmy popołudniu. Niestety pobliski Monastyr oraz Zamek Angelokastro z XII wieku były już nieczynne dla zwiedzających. Oszczędziliśmy sobie drogi kolejnymi krętymi ścieżkami i postanowiliśmy spędzić całe popołudnie w zatoce. Ponieważ Marcin bardzo nie lubi zatłoczonych miejsc, udaliśmy się na Alipa Beach. Jest to niewielka kamienista plaża, położona tuż przy przystani Paleokastrista. Znajdziemy tu też dwie restauracje. W jednej z nich kupiliśmy kawę i skorzystaliśmy z darmowych leżaków na pustej plaży. Rozpościerał się stamtąd piękny widok na marinę oraz otaczające zatokę skały nad plażą Verderosa.

Wyjeżdżając z Paleokastristy, zatrzymaliśmy się przy punkcie widokowym nad barem La Grotta, z którego tarasów śmiałkowie skakali do wody. Wiele osób snurkowało w tym miejscu. Zdjęcia tego nie oddają, ale rozciągająca się panorama była jedną z piękniejszych, jakie widzieliśmy na wyspie.

miasto Korfu

Kolejnego dnia wybraliśmy się do Kerkiry, czyli Korfu Town.

Do stolicy wyspy jechałam nie będąc pozytywnie nastawiona. Zdecydowanie wolę podziwiać naturę – piękne krajobrazy, klify, niebiańskie plaże. Zabytki, stare mury i architektura nie robią na mnie wrażenia. Zaskoczyłam się jednak bardzo pozytywnie. Miasto Korfu jest piękne. Spacerując wąskimi uliczkami, czuje się niepowtarzalny klimat. Każdy zaułek tętni życiem – liczne bary, restauracje i sklepiki napędzają ruch. Nie jest tu jednak tłoczno jak w ulu.

Przy stolikach śmiechy, rozmowy, brzęczenie kieliszków, kilkanaście mieszających się w rozmowach języków. A nad tym wszystkim na sznurach rozwieszonych między budynkami suszy się pranie, które młoda greczynka rozwiesza, kręcąc popiskującym kołowrotkiem. Mogłabym tam stać godzinami i patrzeć jak to pranie schnie na wietrze. Widok bajeczny, polecam.

Poza starym miastem, które oprócz wąskich uliczek, serwuje nam widok kilku placów z fontannami i zabytkowych kościołów, wybraliśmy się na spacer wzdłuż nabrzeża, skąd rozpościera się widok na Starą Fortecę. Nabrzeże od starego miasta oddziela plac miejski Esplanada z parkiem, w którym można odpocząć w cieniu i poobserwować tętniące życiem miasto.

Kanoni

W drodze powrotnej do hotelu, zatrzymaliśmy się w Kanoni, które nazywane jest europejskim St. Martines. Właściwie, to zatrzymaliśmy się w miejscowości Perama i do Kanoni przeszliśmy pieszo groblą, która łączy te dwie miejscowości.

Auto zaparkowaliśmy przy Tavernie Nisos i skierowaliśmy się drogą w dół, w kierunku grobli. Groblę można przemierzyć tylko pieszo, chociaż miejscowi jeżdżą po niej nawet skuterami. Grobla sama w sobie była pierwszym przystankiem naszej wycieczki do Kanoni, ponieważ to właśnie tu, prosto nad naszymi głowami…

… lądują samoloty. Pas startowy lotniska w Korfu jest umiejscowiony jedynie 150 metrów od grobli. Startujące i lądujące samoloty sprawiają wrażenie, jakbyśmy mogli dotknąć ich podwozia podnosząc rękę. Ryk silników i podmuch wiatru są niesamowite.

Zanim pojechaliśmy do Kanoni, sprawdziliśmy rozkład lotów z lotniska w Korfu. Czasem można trafić na martwe godziny i ze spektakularnych widoków nici.

Przechodząc groblą do końca, można wejść na betonowe molo, które łączy ląd z wyspą , na której znajduje się biały klasztor Vlacherna. Z mola odpływają też łódki, którymi można dopłynąć do pobliskiej Mysiej Wyspy Pontikonissi. Według legendy Mysia Wyspa to statek Odyseusza zamieniony w kamień przez Posejdona w akcie zemsty za oślepienie Polifema. Na wyspie znajduje się kaplica Bizantyjska z XIII wieku.

Achillon

Kierując się dalej w stronę hotelu, wjechaliśmy do Gastouri.

Możemy tu zwiedzić Pałac Achillon, czyli pałac cesarzowej Sissi – żony ceasarza Franciszka Józefa I, cesarza Austrii. Pałac ma niezwykle zawiłą historię – do śmierci cesarzowej, był letnią rezydencją Sissi. Następnie przez 10 lat pozostawał opuszczony. Kolejno, trafił w ręce cesarza Wilhelma II. W czasie I i II wojny światowej znajdował się tam niemiecki szpital wojskowy. Po wojnie państwo greckie zorganizowało w pałacu muzeum, którym pozostaje do dziś.

Wstęp do Pałacu kosztuje 10 euro. Moim zdaniem to dość spora kwota jak na stopień zaniedbania obiektu. Zaskoczył mnie szczególnie zarośnięty ogród, który w takim miejscu jak pałac cesarski, powinien być według mnie docięty od linijki i odpowiednio nawodniony. Mury pałacu również prosiły się o odpowiednią konserwację.

Niemniej pałac zrobił na nas ogromne wrażenie. Bogate wnętrza, piękne dzieła sztuki, liczne rzeźby i monumentalny, 12 metrowy posąg Achillesa, który góruje nad morzem czynią to miejsce wyjątkowym.

Canal d’Amour

Trzeciego dnia postanowiliśmy pojechać na północ wyspy. Droga była niesamowicie kręta, ale widoki były przepiękne. Jako pierwszy punkt, postanowiliśmy zobaczyć polecany przez wszystkich Canal d’Amour.

Miejsce urokliwe, nie powiem. Niestety było bardzo zatłoczone. Na miniaturowej plaży położonej między wielkimi piaskowcowymi skałami leżak leżał na leżaku. Ludzie oblegali formacje skalne. Zrobiliśmy tam kilka zdjęć i uciekliśmy do samochodu.

Sidari

Podobne wrażenie wywarło na nas Sidari, położone tuż przy Kanale Miłości. Typowo turystyczna miejscowość. Dużo hoteli, pensjonatów i sklepów. Zatłoczone parkingi. Zatłoczona i niestety bardzo brudna plaża (która ma przyznany certyfikat błękitnej flagi). Woda w morzu wyglądała jak zupa. Nasz Bałtyk przy tym to bajka. Cieszyłam się, że nie zdecydowaliśmy się na hotel w tej okolicy, chociaż może turyści, którzy tam udają się na wypoczynek, potrafią znaleźć jakieś ładniejsze miejsca w okolicy. My byliśmy zniechęceni. Z miasteczka też szybko uciekliśmy, żałując, że pokonaliśmy tak daleką drogę dla tak wątpliwych widoków.

Logas Beach

Skierowaliśmy się dalej na północ w kierunku miejscowości Peroulades.

Zaparkowaliśmy na parkingu przy tawernie 7th Heaven. Nazwa tawerny jest trafiona w punkt. Myślę, że mogłabym tam zostać na zawsze. Widok był nieziemski. Niespotykany błękit i granat morza widziany z wysokiego klifu. U stóp skał szeroka plaża o cynamonowym piasku. W oddali przylądek Cape Drastis (najdalej wysunięta na północ część wyspy) oraz majaczący na horyzoncie ląd Albanii.

Teren tawerny był bardzo rozległy i zadbany, całość znajduje się na świeżym powietrzu. Wisienką na torcie tego miejsca był jednak taras widokowy. Szklany. Ze szklaną podłogą. Wychodzący kilka metrów poza wysoki na 40 metrów klif. Faktycznie można tam poczuć się jak w niebie.

Do plaży Logas prowadzi stamtąd stroma betonowa ścieżka zakończona schodami. Tego dnia fale były dość wysokie, a żeby dostać się na piaski plaży, należy przejść kawałek brodząc w morzu po kolana. Zrezygnowaliśmy – po pierwsze byliśmy z Mikołajem i nieco obawialiśmy się połączenia fal z przybrzeżnymi skałami, po drugie nigdzie w okolicy nie trafiliśmy na prysznic. Wizja dwugodzinnej podróży powrotnej po kąpieli w słonej morskiej wodzie, do teraz przyprawia mnie o atak swędzawki.

Zadowoliliśmy się więc pyszną kawą z cudownym widokiem, który zapamiętam do końca życia (Mikołaj zadowolił się sokiem i bajką). Zdecydowanie jest to według mnie najpiękniejsze miejsce, jakie zobaczyłam na Korfu.

Messonghi

Ostatniego dnia naszego wyjazdu, gdy już zdaliśmy wypożyczone przez nas auto, wybraliśmy się autokarem Green Busses do pobliskiego miasteczka Messonghi.

Zniechęceni krótką wizytą w nieciekawym Benitses (pisałam o tym w poprzednim wpisie), postanowiliśmy pożegnać Korfu w innym miejscu i tam zaopatrzyć się w pamiątki z wyspy. Trafiliśmy nieźle. Miasteczko było dość spore. Dużo w nim sklepów, straganów i kawiarni. Takie greckie Władysławowo – na straganach oliwki, ouzo, magnesy i zabawki z chińskiego plastiku. Od głównej drogi, przy której zlokalizowane są przystanki, do plaży, jest niestety spory kawałek. Było dość upalnie, więc byliśmy nieco zmęczeni tak dalekim spacerem. Plaża była szeroka, piaszczysta, ale gęsto usłana płatnymi leżakami. Wzdłuż plaży ułożono drewniany pomost, więc łatwo mogliśmy przemieszczać się tam z wózkiem.

Na szczęście liczne bary i restauracje proponowały orzeźwiającą kawę frappe i zimną wodę. Nie wiem, czy już Wam o tym wspominałam, przy okazji innych wpisów z wakacji. Zamawiając w Grecji kawę frappe (która jest chyba najpopularniejszym napojem zamawianym w barach), otrzymamy w cenie kawy szklankę kawy i szklankę wody z lodem. Z założenia, aby oczyścić kubki smakowe, ale jest to dość pomocne przy wysokich temperaturach.

Czy podobało się nam na Korfu?

Nie żałuję, że na tegoroczne wakacje wybraliśmy Korfu. Jeśli jednak miałabym coś poradzić osobom, które planują wycieczkę na Korfu, to powiedziałabym, aby wybrali ją jako pierwszą grecką wyspę, na którą chcą się wybrać. Mając wcześniejsze porównanie z Kefalonią czy Zakynthos, bez wahania powiem, że Korfu podobało mi się najmniej. Może to przez inny kolor wody, nie tak lazurowy jak na poprzednich wyspach. Może to przez zaśmiecone pobocza, porzucone wraki samochodów niszczejące krzakach, może przez to, że co drugi dom czy hotel jest opuszczony i popada w ruinę. Jeśli zastanowić się nad tym wszystkim – na innych greckich wyspach też spotykaliśmy takie widoki. Nie wiem, czy nie były tak mnogie, może zwracaliśmy na nie mniejszą uwagę, zauroczeni przepięknymi krajobrazami. Tutaj najwyraźniej nie spotkaliśmy takich z efektem wow, który skutecznie odwróciłby naszą uwagę od makamentów wyspy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *